niedziela, 6 października 2013

Motyl 1. Więzienie

 Dobra, jestem już ^^
Zdecydowałam się jednak na one shot'a.
Wiem, że większość z Was czeka na Gwiezdne Łzy albo Księcia, ale nie chcę się spieszyć z tymi dwoma opowiadaniami.
Nie chce ich zespsuć.
Są dla mnie bardzo ważne, dlatego nie chcę żeby skończyły się nijako.
Ma być wiecie: BOOM nikt się tego nie spodziewał LOL mam Was i wgl.
Dlatego dziś zapraszam na pierwszą z dwóch części projektu, który chodził mi po głowie już od pewnego czasu.
Nie jest to może maistersztyk, ale mam nadzieje, że Wam się spodoba.
. . .
Bo mi się podoba xD
No ^^
To enjoy :3

 ***
Słyszeliście kiedyś o tym, że motyle są tak naprawdę duszami, które utknęły w naszym świecie?
Historia którą chcę Wam przekazać nie jest długa, nie wiem też czy w dobie XXI w. nie wyda Wam się nudna czy wyssana z palca. Jestem jednak pewna, że jeżeli nie przekażę jej komuś - nie ważne komu - to zgaśnie wraz ze mną. Na zawsze.

Małe podwórko z równie niewielką kamienicą mieściło się na tyłach byłego kina "Świt", zamkniętego z nikomu bliżej nie znanych powodów.
Trzepak, parę starych komórek, pralnia. To był mój mały świat. Znałam każdy zakamarek podwórza, każdy kąt w pralni i każdą, choćby najmniejszą rysę na trzepaku. Dokładnie wiedziałam, które sznurki na pranie są czyjego z sąsiadów, podobnie było ze spinaczami.
Klatka schodowa kamienicy, w której z rodziną zajmowałam mieszkanie na parterze, była miejscem w którym mogłam odetchnąć od zwyczajnego gwaru i hałasu panującego w domu. Wspinałam się po schodach na przed ostatnie piętro, bo im wyżej tym czystsze myśli, siadałam na parapecie okna i rozmyślałam. O wszystkim, albo o niczym.
Pomimo mojej wszechwiedzy na temat mojego małego świata istniało w nim miejsce, które pozostawało dla mnie zagadką.
Było nim ostatnie piętro kamienicy. Nigdy jako dziecko nie odważyłam się wejść tam sama.
Zapytacie: Dlaczego?
Każda próba wejścia na felerne piętro kończyła się moją ucieczką, nie ze względu na wszech obecne pajęczyny, ciemność i upiorne dźwięki spróchniałego drewna, skrzypiącego przy każdym moim kroku. Nie zbiegałam ze schodów przeskakując po parę stopni, tylko dlatego, że na całym piętrze było przerażająco zimno, nawet gdy na dworze i poniższych kondygnacjach panował gorąc nie do zniesienia. Nie uciekałam z powodu słodkawego zapachu rozkładu, jaki się tam unosił. Nie przerażał mnie tynk odpadający od przemokłych i przeżartych grzybem ścian. Nie budziło we mnie lęku to, że prąd nie docierał tylko do tamtego miejsca. Rzeczą która zmuszała mnie do natychmiastowej ucieczki, odkąd pamiętam był cień.
Na całym pietrze panowała zawsze idealna, aksamitna ciemność, która była zakłócana jedynie przez stróżkę złotego światła wpadającą przez szparę między podłogą a drzwiami mieszkania. Jednego, jedynego mieszkania znajdującego się na tym piętrze, które stało puste od bardzo wielu lat. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu nawet najmniejsza kawalerka ma dostęp do okna, które najprawdopodobniej było źródłem światła. Nie byłby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że na to światło padał cień
Tak jakby ktoś stał zaraz za drzwiami. Nasłuchując. Czekając.
Dlatego od dziecka nie zaglądałam na to piętro.
***
Śliczny słoneczny dzień. Ptaszki ćwierkają, drzewa przyjemnie szumią kołysane przez lekki wiatr.
Idealny dzień  na odprężający spacerek po parku, na poznanie w nim miłości swojego życia i zakończenie go siedząc i oglądając zachód słońca. To byłby świetny wieczór z napisem  "żyli długo i szczęśliwie" i stylowym wyciemnieniem, jak w dobrym filmie. 
Tak, to plan stworzony dla dzisiejszego dnia, ale...
Ja rozwieszam pranie.
I to raczej najbardziej ambitna rzecz jaką mam zamiar dziś zrobić.
Słońce przyjemnie grzeje w plecy i rozleniwia do tego stopnia, że nawet schylenie się po kolejną rzecz do rozwieszenia jest... trudne. Najchętniej cały dzień przesiedziałabym na parapecie z dobrą książką.
No proszę, chyba przez przypadek znalazłam sobie zajęcie na resztę dnia.
Gwałtowny podmuch wiatru porwał parę maleńkich listków do góry. Tańczyły przez moment w powietrzu z igrającymi na nich promieniami słońca. Poderwane jeszcze wyżej przez kolejny poryw zefira, zwróciły moją uwagę na puste okna ostatniego pietra.
Strugi słońca zalewały wszystkie witryny, wpadały do mieszkań i rozświetlały je, tylko okna ostatniego, felernego pietra wydawały się pochłaniać całe światło bijące od słońca. Wnętrze mieszkania do którego należały owe okna ścielił nieprzenikniony mrok.
Pomimo panującej dookoła sielanki, pięknej pogody, wesołych ptaszków ta jedna część budynku wydawała się być całkowicie wyssana z życia. ( Tak, wiem że budynki nie żyją. )
Od samego patrzenia poczułam ciarki zbiegające wzdłuż kręgosłupa.
W pewnej chwili, kątem oka, zauważyłam jak coś się poruszyło. Tam na górze. Dokładnie w jednym z okien.
Zamarłam w bezruchu.
Szykując się do porzucenia prania i jak najszybszej ucieczki w kierunku domu powoli uniosłam głowę tak, by mieć ostatnie piętro na widoku. Nie odrywając wzroku od przeklętego okna postawiłam krok w tył. Jeszcze jeden. I kolejny. Już miałam się odwrócić i puścić pędem w stronę wejścia na klatkę, gdy znów to zobaczyłam. Tym razem wyraźnie.
Motyl.
Nieduży, biały.
Uderzał raz po raz w szybę, próbując wydostać się na wolność.
Ciekawe jak się tam dostał. Biedny, spędzi resztę swojego życia w tak okropnym miejscu.*
Więzienie... 
Tylko czym zawinił?
***
Dzisiejszy dzień był zdecydowanie mniej... zachwycający. 
Niebo wczoraj błękitne, dziś pokryte grubą warstwą szarych chmur przyprawiało niemalże o depresje. Wczorajszy figlarny zefirek dziś w wersji hard zmuszał większość drzew do pokornych ukłonów.
Ja, starając się nie zwracać uwagi na wredne wybryki wiatru, zdejmowałam wyschnięte już pranie. Moje oczy mimowolnie powędrowały w kierunku najwyżej położonych okien.
Nadal tam był. 
Nadal walczył.
Nadal żył.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, ale zaraz potem przez moją twarz przebiegł cień smutku.
Wyobraźcie sobie, że macie swój cel na wyciągnięcie ręki. Jest tak blisko, że czujecie go całym sobą, a jednak... nie dane Wam jest go osiągnąć.
To tak prawdziwe, że aż przerażające.
***
Minął miesiąc, a on wciąż walczy. Może już trochę mniej zacięcie, ale wciąż nie daje za wygraną.
Od tych paru tygodni moim głównym zajęciem jest wpatrywanie się w to z jaką determinacją, mały, biały motylek stara się przebić przez szklany mur. Podziwiam go za jego nieustępliwość. Jest tak kruchy, tak mały a mimo to... nie poddaje się
Gdyby tylko wiedział, że jego starania idą na marne. 
A może już wie?
Możecie myśleć że jestem sadystką, że patrze w milczeniu na jego cierpienie, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo chciałabym mu pomóc. 
Wejść tam, otworzyć okno i po prostu wypuścić go z tej ciemni.
Nie mogę. Nie dam rady. Po prostu nie.
Już próbowałam. Udało mi się być tak blisko drzwi, że mogłam spokojnie złapać za klamkę.
Ale on tam był.
Cień.
***
Dziś mija 4 miesiąc odkąd pierwszy raz go zobaczyłam. 
Dziś jest też pierwszy dzień, w którym go nie widzę. Nie ma go. Nie walczy.
Wejście na ostatnie piętro nie zajęło mi więcej niż 10 sekund. 
Zdyszana stanęłam przed drzwiami i nie myśląc złapałam za klamkę. Otworzyłam je z rozmachem i wbiegłam do środka. Podbiegłam do okna na przeciw drzwi i zaczęłam rozpaczliwie szukać wzrokiem małego, białego motyla.
Nie ma go.
Nie ma.
Usłyszałam jak drzwi, które chwile temu zostawiłam otwarte na oścież, powoli z przerażającym zgrzytem zaczynając się zamykać.
Zalałam mnie fala zimna. Przełknęłam gulę stojącą w gardle i odwróciłam się tak wolno jak tylko się dało.
Przy, teraz już zamkniętych, drzwiach stał wysoki chłopak, na którego twarzy kwitł przerażająco szeroki uśmiech.
- Czekałem.

_______________________________________________________________
* motyle żyją (w zależności od gatunku) od 1 dnia do 6 miesięcy. To dość krótko, nawet jak na coś tak kruchego (i pięknego).

4 komentarze:

  1. :O PISZ!!!!!!! I to szybko!!! Jestem ciekawa co się z nią stanie i kto to jest. Tyle lat ktoś tam był??!!?!? Masakra :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie się zaczyna czekam na więcej!!! Chociaż trochę przypomina mi to "Gwiezdne Łzy"... No, ale w każdym razie nie jest to minus. :3
    Pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten one-shot jest świetny! Nie wiem czemu, ale urzekłaś mnie opisem tańczących na wietrze listków... Masz talent, nie zmarnuj go :)

    Zapraszam do siebie na www.non-clamabit.blogspot.com

    Opowiadanie zupełnie inne niż Twoje, ale mam nadzieję, że Cię zainteresuje :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Eh... Jestem tu dopiero teraz, a na pewno masz jakieś wspaniałe skarby tutaj. Pisząc skarby mam na myśli inne opowiadania. Czytało się lekko. Powoli się odwraca, wstrzymuję oddech. Myślę o najgorszym, ewentualnie to biały motylek... Zaskoczenie. :P Koniecznie przejrzę twojego bloga. Zajrzyj także do mnie, jeśli chcesz. ;)

    OdpowiedzUsuń